Dzień po Wigilii niewiele osób rusza na stoki, zatem postanowiłem skorzystać z ciszy przed świąteczno-noworocznym szczytem i wyskoczyłem na narty. Najbliżej z Pragi było mi na Moninec,
Wykorzystałem trik z zeszłego roku, kiedy to w pierwszy dzień Świąt pojechałem do Jańskich Łaźni i skorzystałem z pięknej pogody i braku kolejek, jako że wszyscy trawili jeszcze barszcz i pierogi. W kolejne dni świąteczno-noworocznej przerwy mogłem już na spokojnie czytać w internecie o tym, jak ludzie utknęli w korkach do/z ośrodków.
Sam Moninec to coś podobnego do położonego przy granicy z Polską ośrodka Orlické Záhoři – ot, jedna trasa obsługiwana przez krzesełkowy wyciąg z alpejskiego demobilu.
Ta w Monincu ma 1200 m długości, ale bardzo fajny profil – regularnie odbywają się tu poważne zawody, głównie snowboardowe.

Śniegu w okolicy nie ma w zasadzie w ogóle, ale cała trasa została pięknie nasnieżona, bez kamieni i prześwitów.
Ośrodek działał już od kilku tygodni, kilka dni temu odbyły się w nim zawody, co trzeba przyjąć z uznaniem, biorąc pod uwagę, że taki „Puchatek” w Szklarskiej ruszył dopiero w święta. Wzdłuż trasy widać nowoczesne armatki, a także urządzenie „Snow Factory”.
Z Pragi jedzie się tu około godziny, a na miejscu jest spory parking, dobra restauracja, a także sklep i wypożyczalnia Intersport.
Jest to zresztą ten sam operator, który zarządza ośrodkiem w karkonoskich Rokytnicach (stąd oba mają w nazwie „Nahoru”), więc jest nadzieja, że zapał i powiew świeżości, widoczny na razie na stronach internetowych i w drobnych ulepszeniach, odbije się też pozytywnie na całej infrastrukturze.
Żeby specjalnie tłuc się z Polski, to może niekoniecznie, ale jeśli podczas zimowego wypadu do Pragi najdzie Was ochota na szusowanie, to teraz wiecie już dokąd jechać (można kupić karnet na 2 lub 4 godziny).










