Triathlon na Hinteruxie

Nadszedł lipiec, a to tradycyjny czas na narciarską wyprawę.🤷‍♂️ Po długim tentegowaniu tego w głowie, jak mówił Król Julian, postanowiłem udać się na Hintertux i tym razem poodkrywać dolinę Zillertal z innej, niż tylko narciarska, strony.

Pierwszego dnia postanowiłem po górach POCHODZIĆ, co nie zdarzyło się już od lat. Punktem startowym był Schlegeisspeicher – sztuczny zbiornik wodny, położony niejako „na zapleczu” ośrodka na Hintertuxie (z dołu widać nawet jeden z wyciągów).

 

Trasa do jeziora, zaczynająca się w Mayrhofen, jest na odcinku od Ginzling płatna (12.50€) i choć wiedzie przez efektowne, wąskie tunele, to nie jest jakaś spektakularna – w Alpach jest wiele szos ładniejszych i tańszych, bądź darmowych.

 

Znad jeziora można wyruszyć w kilka tras. Ja wdrapałem się do schroniska Olpererhütte. Ze szlaku rozpościera się piękny widok na jezioro, a jest – dodajmy – coraz piękniejszy, im wyżej wchodzimy.

 

W samym schronisku można świetnie zjeść, a kilkadziesiąt metrów dalej – na małym, wiszącym moście – zrobić sobie zdjęcie na Instagrama.😜

 
Dalej można ruszyć sobie w stronę Włoch i przełęczy Pfitscher Joch. Szlak wiedzie na wysokości 2300 – 2400 m.n.p.m., więc widoki są oszałamiające, a tłumów nie ma. Jest trochę bardziej surowo, czasami wręcz złowrogo, miejscami zalega śnieg, ale można też na przykład spotkać sympatyczne owce, albo świstaka.🙃

Szlak jest raczej łatwy i świetnie oznakowany, zatem jeśli tylko komuś zechce się wdrapać do góry, można sobie pospacerować ciekawą, a mniej uczęszczaną ścieżką.

 

Nie trzeba też dochodzić pod same Włochy – po drodze można odbić i zejść do doliny, pośród szemrzących strumyków, kosodrzewiny i alpejskiego kwiecia. 😊

 

Drugi dzień wizyty w Austrii poświęciłem w całości nartom. Akurat było okienko pogodowe i przez cały dzień świeciło fantastyczne słońce, choć z małymi zachmurzeniami i bez wielkiego upału.

 
Wiele zdjęć nie robiłem, bo tę miejscówkę mam tak otrzaskaną, że mógłbym tam zjechać z zamkniętymi oczami. 🙈

Ostatnio zrobiło się ciepło i miejscami spod śniegu prześwituje już lodowiec, ale na razie warunki są jeszcze doskonałe, a wszystkie, „letnie” trasy są otwarte. Wyjeździłem się, aż mi nogi płonęły.🔥

 

Najfajniej jest popołudniu – zawodnicy kończą treningi, a dla części narciarzy rekreacyjnych warunki stają się trudne, więc na stokach robi się pusto. Czasami można zatrzymać się w połowie zjazdu do Tuxer Fernerhaus i w zasięgu wzroku nie widać ani jednej osoby.

 
A gdy warunki w dolnych częściach tras znacznie się pogorszą, można zakończyć dzień na najwyżej położonej, więc dobrze trzymającej się do końca trasie „Gefrorene Wand”, wzdłuż której kursuje ospałe krzesełko.

Wjeżdżając leniwie do góry, możemy z niego cieszyć oczy imponującą przestrzenią lodowca. Najlepiej.😊

Przy okazji dodam, że nie cierpię tzw. „sztruksu”. Te wszystkie „prospektowe” zdjęcia stoków przygotowanych w idealny wzorek w ogóle na mnie nie działają. Nie lubię też tzw. betonu, choć rozumiem, że dla miłośników sportowej jazdy to idealne warunki. Beton lubię, gdy mam dobrze naostrzone narty, ale jeśli o to chodzi, nie jestem zbyt zdyscyplinowany. 🙄
Bardzo lubię natomiast śnieg zmierzwiony, niepoukładany; uwielbiam jeździć po mokrym, wiosennym śniegu, albo takim świeżym, ale nie wyratrakowanym, za to porozjeżdżanym i porozrzucanym na wszystkie strony.
Dlatego w sezonie najfajniej jeździ mi się po 14.00 i dlatego także lubię jeździć na nartach latem, kiedy popołudniowe zjazdy to nie lekkie i przyjemne łuki, ale intensywna praca i ciągle wybieranie miejsca do kolejnego skrętu. 🙂

Trzeci dzień austriackich przygód poświęciłem przejażdżce na e-bike’u. Poranek nie zwiastował nic dobrego, ponieważ lało. Cierpliwie przeczekałem jednak najgorsze i w południe zameldowałem się w dolnej stacji Penkenbahn w Mayrhofen (jak się okazało, w niedzielę to jedna z nielicznych, czynnych wypożyczalni). Ponieważ deszcze zabrały mi kilka godzin (I TYLKO DLATEGO 😜) wjechałem sobie od razu kolejka do góry, skąd zacząłem wycieczkę.

 

W pierwszej jej części objeździłem okolice szczytu Penken, a następnie zjechałem w dół i wjechałem na Rauhenkopf. Obydwa szczyty mają ok. 2100 m.n.p.m, a z tego drugiego rozciąga się niesamowity widok na dolinę Zillertal.

 

Całemu przejazdowi towarzyszą oszałamiające widoki i nawet krowy wydają się kontemplować krajobrazy!

Tras w okolicy jest zatrzęsienie i można by po nich jeździć bez końca. 🙈 Ja zjechałem do doliny na wysokości Zell am Ziller i pognałem z powrotem do Mayrhofen. BTW – sam zjazd z 2100 do 600 m.n.p.m to też frajda – zwłaszcza dla hamulców w rowerze. 🔥🙃
Z punktu widzenia „ogólnoturystycznego” uważam e-bike za wspaniały wynalazek, ponieważ przy takim samym wysiłku pozwala na dużo większe zasięgi, zwłaszcza w trudnym, górskim terenie.
Niech nikogo jednak nie zwiedzie lekkość obrotu korby – to ciągle rower i warto wiedzieć co nieco o tym, jak jeździć na nim w różnych warunkach.
Bo z tymi rowerami może być jak z nartami – zrobi się masówka i hype, a jeśli pamiętacie mój post o „bezkijkowcach” na stoku w Czarnej Górze, to nie chcę wiedzieć, jak będzie wyglądać ich rowerowy odpowiednik. 🙈