Elektryzujące wycieczki (w Karkonoszach)

Zachęcony przyjemną przygodą z austriackimi e-rowerami w lipcu 2020, postanowiłem jeszcze w tym samym roku kontynuować tę nową znajomość, ale w nieco bliżej położonych górach – w Karkonoszach. Wiedziony chorobliwą nieufnością do usług po polskiej stronie granicy, pojechałem do ośrodka SkiResort Černá Hora – Pec, który to ośrodek bardzo lubię, a którego reklamę całkiem przypadkowo wyświetlił mi ostatnio telefon (teraz strach się odezwać w obecności telefonu, bo zaraz wyświetli reklamy związane z tematem rozmowy).

Ośrodek jest dobrze przygotowany pod kątem infrastruktury rowerowej, co nie dziwi, gdyż pod względem walorów narciarskich wyprzedził już ośrodki po polskiej stronie Karkonoszy o jakieś 1,5 dekady. Ceny są, trzeba przyznać, światowe – wypożyczenie roweru hardtail kosztuje 1000 koron, czyli około 170zł, co jest ceną nieco wyższą niż w Austrii, gdzie kosztowało to 35 euro. Do tego trzeba wpłacić 5000 koron (ok. 800zł) kaucji, której w ojczyźnie Hitl… Mozarta nie praktykują. Do dyspozycji otrzymujemy rowery Scott lub czeskie Qayron – w tym model o złowieszczej nazwie „FATAL”.

 

Do roweru można za 200 koron (nieco ponad 30zł) dokupić karnet obowiązujący na kolej gondolową w Jańskich oraz kanapy w Pecu i Velkej Upie. Do rąk dostajemy też informator z trzema, wybranymi trasami (na stronie internetowej jest ich dużo więcej).

 

Same trasy mają zróżnicowane profile i walory widokowe. Najładniej jest bez wątpienia w okolicach równi pod Śnieżką. Szlak rowerowy kończy się przy schronisku Luční Bouda, które od mojej ostatniej wizyty (czyli przez jakieś 20 lat) zmieniło się w prawdziwy, górski hotel. Restauracja, strefa wellness, monitoring, domofon… Gdzie te czasy, gdy przybywszy w środku nocy trudno było spotkać kogoś trzeźwego z obsługi…

Podróżując elektrycznym rowerem trzeba tylko uważać na bilans kaloryczny, bo liczne schroniska i chaty, kuszące knedlami, smażonym serem, piwem, Kofolą, utopencami itd. mogą zniweczyć nasz plan bycia „fit”, zwłaszcza gdy wybierzemy krótką trasę i będziemy nadużywać trybu „turbo” w e-bike’u

 

***

Po wypadzie w okolice Śnieżki, tym razem, wypożyczywszy ten sam środek lokomocji w Szpindlerowym Młynie, udałem się do źródeł Łaby.
Szpindlerowy Młyn bardzo lubię, bo choć nieprzyzwoicie drogi, jest także bardzo szykowny i posiada doskonałą, sportową, infrastrukturę.
Jako że na wycieczkę udawałem się z juniorem, wybraliśmy trasę niezbyt długą, za to bardzo malowniczą. Trochę niefajne w Karkonoszach jest to, że naprawdę fajnie wyglądające szlaki są dostępne tylko dla pieszych, a tzw. „cyklotrasy” wiodą głównie po asfalcie. Średnio kupuję tłumaczenie, że jest to park narodowy. Rowerzysta nie jest głośny, w trudnym, górskim terenie nie rozpędza się zanadto, a i ślad węglowy zostawia zapewne mniejszy, niż sapiący, spocony i dyszący dwutlenkiem węgla piechur!

 

Trasa z Medvědína do źródła Łaby, choć głównie asfaltowa, jest bardzo ładna, bo wiedzie dość wysoko i przez cały czas towarzyszą nam piękne widoki. Po drodze można zatrzymać się w kilku ciekawych miejscach.

 

Pierwszym jest Vrbatova Bouda, przy której znajduje się obelisk upamiętniający dwóch czeskich narciarzy: Václava Vrbatę i Bohumila Hančę. Obydwaj zginęli w tym rejonie w wyniku załamania pogody podczas biegu narciarskiego pod koniec marca 1913 r.

 

Drugim przystankiem jest Labska Bouda – przykład bezceremonialnego gwałtu na krajobrazie. Stąd tylko kilometr dzieli nas od źródeł rzeki Łaby, która swój bieg zaczyna właśnie pośrodku karkonoskiej „tundry” – jedynej, swoją drogą, w tej części Europy.

 

Warto jeszcze obejrzeć sobie świetnie zachowane bunkry z lat 30-tych (tzw. rzopiki). Czechosłowacja zbroiła się wtedy przed możliwą agresją, a cała koncepcja lekkich umocnień w Karkonoszach jest tak przemyślana i złożona, że czytanie o niej zajmuje więcej czasu niż sama obrona Czechosłowacji.

 

Jak ktoś chce, może się jeszcze szarpnąć na marsz do majaczącej w oddali stacji nad Śnieżnymi Kotłami, ale bez przesady – nie po to pożyczam rower elektryczny, by dymać po tundrze na piechotę!

 

Na koniec zjad nartostradą, może nie do końca zgodny z mapami „cyklotras”, ale za to jaki fajny: 🙂

***

Powtórkę z e-bike’ów w Špindlerovym Mlýnie zaliczyłem jeszcze w pełnoletnim gronie, robiąc dwie pętle: do góry, do polskiego schroniska Odrodzenie,

 

a potem zjazd do miasta, kawa z ciastkiem i przez Medvědin zaś do źródła Łaby, bo tam ładnie.

 

Na rowerze z „elektrickým pohonem” podjazdy pokonuje się przyjemnie, choć nie sposób oprzeć się wrażeniu, że asfaltowe trasy nastawione są raczej na masowego, niewymagającego klienta.
Odcinki, na których można „poszamotać” się z terenem są nieliczne, chyba że ktoś poszuka takich poza terenem parku narodowego, albo zjedzie sobie nartostradą, gdzie niby tras nie ma, ale jest przygoda 😉
Postanowiłem, że w kolejnym sezonie rozejrzę się jeszcze po Jesenikach. Może tam turysta rowerowy jest milej widziany?