Hygge i MTB na 0 m.n.p.m.

Czas na tradycyjny, wakacyjny, rowerowy off-topic. Szukając sensownej cenowo miejscówki na familijne wakacje nad morzem, przemierzałem mapę na bookingu, wybrzydzając nad ofertami rodzimymi, a następnie niemieckimi. Ku mojemu zdziwieniu, najlepszy stosunek jakości do ceny (wg zdjęć i opinii) zaoferowało agroturystyczne gospodarstwo w duńskiej Jutlandii i tak oto tu wylądowaliśmy, zapakowawszy wcześniej sporo prowiantu do auta, gdyż niskie ceny nie są z zasady wizytówką Skandynawii.

Znajduje się tu urokliwy, ukształtowany przez przypływy i odpływy, Park Narodowy Morza Wattowego. Będąca jego częścią wyspa Rømø powinna być mekką polskich turystów zmotoryzowanych, których priorytetem i największą ambicją jest zawsze zaparkowanie JAK NAJBLIŻEJ – sklepu, zamku, rynku, aquaparku, a przede wszystkim plaży.
Przy plaży na wyspie Rømø nie trzeba szukać miejsca – po prostu wjeżdża się na nią samochodem i dojeżdża nad samą wodę. Plaża ma kilkaset metrów szerokości i jest dość twarda, więc auto się w niej nie zakopuje, a nieuważny szofer mógłby, gdyby się zagapił, wjechać do samej wody.
 

 
Plaża dwa razy dziennie znacznie się powiększa, a to ze względu na cykl przypływów i odpływów, z powodu którego poziom morza zmienia się o ok. 1,5 m. Cofając się, woda odsłania połacie piasku, a na nim tysiące muszelek, truchła krabów i zwiędnięte meduzy. Widziano też zwłoki potrąconej foki, co – w przypadku uszkodzenia samochodu – mogło skończyć się bardzo osobliwym opisem wypadku w zgłoszeniu do ubezpieczenia.
 

 
Odpływ pozostawia po sobie na plaży nie tylko zwłoki różnych, morskich stworzeń – liczne zatoczki i akweniki pełne są żywych okazów krabów, rozgwiazd i krewetek, na które można urządzać bezkrwawe safari. Nie widziałem jednak żywej foki, ani wieloryba, ale w sumie to dobrze. Choć kości tych ostatnich walają się po wyspie i są tu nawet płoty zbudowane z wielorybich żeber, to same okazy, gdy już się pojawiają, nawet w liczbie kilkunastu, to jako padlina, wyrzucona przez morze na brzeg.
 

 
Poza cyklem przypływów i odpływów oraz fauną i florą, plaże oferują typowe, nadmorskie rozrywki, w tym mój ulubiony „seasport” – latawce.
 

 
Oprócz siedzenia na plaży, budowania zamków i puszczania latawców warto pokręcić się po wyspie rowerem. Trasy rowerowe prowadzą przez malownicze wrzosowiska i lokalne atrakcje.
 

 
Jest tu najmniejsza szkoła w Danii, dom wielorybnika, w którego stodole spoczął szkielet jednego z takich wyrzuconych na plażę nieszczęśników (mam na myśli wieloryba, nie wielorybnika),
 

 
a także „Korona Rømø”, czyli trzy szczyty: Stagebjerg, Spidsbjerg i Høstbjerg o wysokości od 18 do 19 m.n.p.m.
 

 
Rowerem da się jeździć po plaży. Można przejechać ją prawie całą, z naciskiem na „prawie”. Nie sprawdziwszy wcześniej topografii, jechałem beztrosko wzdłuż morza, na wszelki wypadek podążając śladem dwójki rowerzystów, których opony zostawiły na piasku wyraźny odcisk. Jak się okazało jednak, był to jeden tylko rowerzysta, który – dojechawszy do przecinającej plażę szerokiej rzeki – zawrócił i ruszył w drogę powrotną tak, jak przyjechał (stąd dwa, równoległe ślady). Ja nie miałem na to czasu, więc nie pozostało mi nic innego, jak rozebrać się i przenieść ubranie, sprzęt oraz rower na rękach. Na szczęście było to odludzie, a najbliższą instytucją była plaża nudystów, więc moje nagie harce nie przykuły niczyjej uwagi.
 

 
A gdy zacznie wiać zimny wiatr znad Morza Północnego, możemy ogrzać się przy kawie i gorącej bułce cynamonowej w kawiarni „Kaszalot”, lub posilić się tacą morskich przysmaków u Ani i Olliego.
 

 
Na północ od wyspy Rømø leży jeszcze wysepka Mandø. Na niektórych mapach, ani w mojej samochodowej nawigacji nie prowadzi na nią żadna droga.
 

 
Można jednak dojechać do niej samochodem, jadąc po drodze na dnie Morza Wattowego, sprawdzając uprzednio „rozkład jazdy” przypływów i odpływów, aby nie trafić na moment, gdy droga jest zalana, albo żeby nie utknąć na wyspie do czasu kolejnego odpływu.
 

 
Na samej wyspie nie ma za wiele – jest wiatrak, kilka gospodarstw, zajazd, kościół, samoobsługowy sklepik z pamiątkami i mnóstwo świętego spokoju. Można tu z czystym sumieniem i do woli nie rozwijać się zawodowo, albo nie inwestować w kryptowaluty.
 











 
W okolicy, w miasteczku Ribe, znajduje się także skansen, w którym zrekonstruowano osadę wikingów. W dawnej osadzie miejscem, gdzie koncentrowało się życie towarzyskie, było targowisko. Nie inaczej jest w skansenie – na targowisku mogą bowiem pomieszkiwać pasjonaci, którzy chcą żyć tak, jak żyło się 1000 lat temu.  W efekcie miejsce to tętni życiem – po alejkach wytyczonych  między płóciennymi namiotami biegają bose dzieci z drewnianymi zabawkami, a dorośli mieszkańcy gotują gacie w wielkich kotłach, łowią ryby w rzece,  pieką placki na kamieniu, strugają narzędzia z drewna czy wyrabiają biżuterię, którą następnie sprzedają turystom.
 

 
Co do infrastruktury noclegowej, to mi przyszło zakwaterować się w duńskim gospodarstwie agroturystycznym. Drzwi bez zamka na klucz, WiFi bez hasła i budzik w postaci niewielkiego szczeniaka, który codziennie,  skutecznie budził wszystkich lizaniem po twarzy.
 

 
Jeśli to nie jest „Hygge”, to nie wiem co nim jest.